Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody prosimy o zmianę ustawień przeglądarki, bądź o opuszczenie naszej witryny. Więcej w polityce prywatności

Legendy

Andrzej Nolbert „Legenda o Studnicy”
(na motywach tekstu literackiego Józefa Jędrysiaka)

Dawno, dawno temu, tu, gdzie dzisiaj krzewy, paprocie i różne trawy porastają bagniska, a i tylko zwierzyna spragniona wody przyjdzie czasem ugasić swe pragnienie lub człek jakowyś zbłądzi, było ongiś piękne i potężne miasto, które zwano Studnicą od rzeki, płynącej przez samiusieńki jego środek. A wiele mostów łączyło jego brzegi. Nad brzegiem owej rzeki stał wielki, zbudowany z czerwonej cegły kościół. Wielkie to było miasto, że aż okiem nie sięgniesz. Oj, dobrze się działo jego mieszkańcom. Okoliczna puszcza wiele zwierza kryła w sobie, a i jezioro ryb wszelakich i ptactwa dostarczało. A woda w nim była niczym kryształ, taka czysta. Byle by kto nie był leniem, ten i skarbów mógł się dorobić. A że leni w owym mieście nie było, żyło im się dostatnio. Czas wolny od ciężkiej pracy spędzali niestety w karczmach. A ile wina, piwa tam pito, nikt zliczyć tego nie potrafił. Karczmy były pełne, tylko kościół pusty. Jakby się wszyscy zmówili, jakby ich połączyła jakaś tajemna przysięga, jakby jakaś siła ich tam wiodła.

Mieszkał w tym mieście bardzo poczciwy starzec, pustelnik. Tylko on jeden wytykał ich niecne czyny i pijaństwo, którego się dopuszczali nawet w niedziele. Lecz nikt go nie chciał słuchać, choć ich straszył różnymi karami. Wierzyli, w swojej pysze, że są nieśmiertelni.

Pod jednym z mostów, pośród wodorostów i trzcin, ukrywał się zazdrosny i nieżyczliwy bardzo ludziom diabeł, który przybrał sobie imię Gabeł. Oj, złośliwe to było diablisko. Chodził po lasach, do złego namawiał, a taki był w tym przebiegły, ze sam Lucyfer by tego lepiej nie zrobił. Ileż mu się udało cyrografów zdobyć i biedne dusze na zawsze zapisać. Gabeł bardzo lubił kłótnie i awantury. Najczęściej w przebraniu zjawiał się w jakiejś karczmie, gdzie ludziska cisnęli się tłumnie. Lubił wtedy ludzi zaczepiać, a do kłótni, bójek namawiać. A i niszczyć potrafił wszystko, co mu się nawinęło pod rękę. Potrafił wpaść w taką furię, że wszystkich z karczmy wypędził. A ileż to nocy ludzie nie przespali, bo diabłu zachciało się robić głośne harce. Dzieci i kobiety płakały. Niektórzy mężczyźni próbowali rozprawić się z Gabłem, ale nadaremnie. Tylko potłuczeni wracali do swoich domów. Najwięcej strat ponosił jednak każdego wieczora karczmarz.

W końcu jednak przebrała się miarka. Karczmarz, nie wiedząc już, co czynić, udał się do owego pustelnika, aby on coś poradził na tego Gabła. Pustelnik cierpliwie go wysłuchał i przyobiecał, że znajdzie na niego jakiś sposób, bo i on sam miał już jego panowania w tym mieście dosyć.

Pustelnik miał sto dwadzieścia lat. Był człowiekiem potężnym, odważnym i bardzo mądrym. Mimo iż znał niecne uczynki nie tylko Gabła, ale i mieszkańców Studnicy, postanowił im pomóc.

Do rozprawy z Gabłem starannie się przygotował. Zgromadził wodę w butelce ze studni świętej, która stała na środku miasta, włóczkę, klej z żytniej mąki, lniane siemię i puch kaczy. Włożył to wszystko do swojego worka i udał się do karczmy, gdzie w bardzo gorące popołudnie przesiadywał rozleniwiony Gabeł. Wszedł pustelnik do karczmy i zastał tam śpiącego Gabła. Wziął do ręki lniane siemię i rozsypał je po karczemnej podłodze. Wiedział bowiem, że diabeł tego nie lubił, i będzie w ten sposób mu posłuszny. Gdy Gabeł spał, pustelnik przykleił mu do głowy kapelusz, aby nie mógł stać się niewidzialny. Uczyniwszy to miał nad Gabłem przewagę. Wtedy piekło rozgorzało, bynajmniej nie dla ludzi, lecz dla Gabła piekielnika. Pustelnik wrzaskiem potwornym ze snu diabła zbudził i począł go musztrować. Diabeł rozespany, aż skurczył się ze strachu, bowiem pomyślał, że to sam najwyższy diabeł do niego przybył i strofować go począł. Nie poznał bowiem pustelnika. Pustelnik kazał wsiąść Gabłowi do łodzi i odpłynął z nim na sam środek jeziora. Tam kłębkiem włóczki związał go. Potem wziął do ręki kaczy puch, którego podobno diabli bardzo się boją i butelkę z wodą ze świętego źródła, której to wody diabły boją się jeszcze bardziej niż kaczego puchu, i kazał diabłu utopić się w jeziorze i iść raz na zawsze do diabła. Gabeł długo się namyślał, lecz bojąc się kaczego puchu i wody ze świętego źródła, wskoczył w końcu do wody.

Lecz coś dziwnego zaczęło się dziać. Woda w jeziorze wzburzyła się, ziemia się zatrzęsła i zaczęła pękać z głośnym łoskotem. Kamienne mury i ceglane domy miasta poczęły gwałtownie pękać i rozsypywać się. Całe miasto Studnica i calusieńkie jezioro ziemia pochłonęła. Wszystko żywe i martwe ziemia przykryła. Tylko zdziwiony pustelnik się ostał sam, samiuteńki w łódce, na środku wyschniętego jeziora.

Taka to dziwna kara spotkała to miasto i jej mieszkańców. A pustelnik żyje do dziś i włóczy się po okolicy bardzo czymś stroskany. Kiedyś spotkałem go w tym lesie nad ruczajem. Opowiedział mi tę historię. Zdradził także, że w najkrótszą noc w roku, gdy w lesie całym zakwita tylko jeden kwiat paproci, a dziewczęta puszczają wianki na rzece, która niczym nie przypomina tamtej rzeki, po lesie biega pies karczmarza. Na obroży wokół szyi ma przyczepiony klucz od bram miasta. Jeśli w tę najkrótszą noc znajdzie się taki śmiałek, co sam jest czysty na duszy i grzechem jakowym się nigdy nie skalał, i będzie odważny i złapie tego psa, i zerwie mu z szyi ów klucz, miasto wyrośnie przed nim, i trwać będzie aż do brzasku i pierwszego piania koguta. Choć na jedną noc ów śmiałek przywróci miasto do życia, zaś w nagrodę otrzyma skarby wszelakie: złoto, klejnoty, dukaty i perły. Lecz jak dotąd nikt się taki nie znalazł, co by duszę miał czystą jak śnieg lub tak czystą, jak woda z miasta Studnica, i był taki odważny, by móc tego wszystkiego dokonać. A może znajdą się wśród Was tacy śmiałkowie, którzy temu zadaniu podołają. Może Wam to się kiedyś uda. Próbujcie ! Kto wie? Kto wie?...

Podania i wierzenia dotyczące cudownego źródła bijącego pod kapliczką Świętej Jadwigi Śląskiej w Zgorzelcu

W czasie swojej wędrówki z Trzebnicy do Krakowa, zatrzymała się Jadwiga Śląska tuż przy trakcie niedaleko wsi Zgorzelec na odpoczynek. W czasie odpoczynku poczuła ogromne pragnienie, ale nigdzie w pobliżu nie było wody. Wówczas z ziemi wytrysnąć miało cudowne źródełko z kryształowo czystą wodą, dzięki któremu ta pobożna niewiasta mogła zaspokoić swoje pragnienie. Uradowana oparła swoją nogę na kamieniu, pozostawiając ślad swojej stopy w nim odciśnięty. Kapliczka ku czci Świętej Jadwigi Śląskiej, jak i bijące po dziś dzień źródełko wraz z pozostawionym na kamieniu śladem stopy, upamiętnia to wydarzenie.

Przed wieloma laty wracał z wojny do domu zmęczony żołnierz, który miał problemy z widzeniem. Zatrzymał się przy źródełku, aby zaczerpnąć nieco wody do picia. Gdy zaspokoił pragnienie, obmył sobie twarz i oczy wodą ze źródełka. Wówczas przejrzał w cudowny sposób. Od tamtego czasu po dziś dzień wielu pątników przybywa do kapliczki Świętej Jadwigi Śląskiej, wierząc w cudownie uzdrawiającą moc wody w chorobach oczu.

Opowiada się także, że w wigilię Świętej Jadwigi Śląskiej (tj. 14 października) panny wędrowały do źródełka po wodę. W drodze powrotnej pod żadnym pozorem nie mogły się odwrócić. Jeśli to uczyniły, nigdy nie wyszły za mąż.

Obecnie raz w roku, w niedzielę przypadającą najbliżej dnia 15 października, przybywają do kapliczki Świętej Jadwigi Śląskiej mieszkańcy pobliskich miejscowości, aby wspólnie odmawiać różaniec i prosić świętą o wstawiennictwo. Od roku 2004 parafia w Krzyżownikach, na której terenie stoi kapliczka, jest w posiadaniu relikwii Świętej Jadwigi Śląskiej. Każde nabożeństwo przy kapliczce ku czci św. Jadwigi kończy się ucałowaniem relikwii.

Wg K. Kulińskiego:  „Legenda smogorzowska”

Jedną z pierwszych miejscowości na terenie ziemi namysłowskiej był Smogorzów, wówczas zwana Smogorzewem. Była to miejscowość leżąca wśród nieprzebytych puszcz. Ze względu na dogodne położenie, dużą ilość wód i dość żyzną i urodzajną glebę, osiedliła się tu duża grupa ludzi. Niewątpliwie ludność ta zajmowała się hodowlą bydła, rybołówstwem i rolnictwem. Jak na owe czasy życie tej ludności byłoby szczęśliwe, gdyby nie wielkie nieszczęście, jakie nawiedziło tę spokojną okolicę. Do miejscowości tej przywędrował i osiedlił się straszny i okrutny potwór, zwany smokiem.

Potwór odznaczał się wielką siłą, był krwiożerczy i żarłoczny, a do tego, jak to bywa w smoczej naturze, ział ogniem. Smok zagnieździł się wśród bagien. Jama do dziś istnieje, a ludność zwie ją „smoczą jamą”. Smok stale napadał na bezbronną i spokojną ludność, żądał ofiar. Gnębiona przez smoka ludność, chcąc zaspokoić jego apetyty, a tym samym uwolnić się od niepokojów, składała mu posłusznie w ofierze swych najbliższych, a szczególnie swe córki. Ofiary składano – zawsze  dokonując losowania, na kogo przypada w udziale ofiara – w jednym miejscu i o oznaczonym czasie. Czyniąc ofiarę odprawiano ceremonie kultowe. Ceremoniom tym towarzyszyły rozpaczliwe jęki i narzekania nieszczęśliwych ludzi. Zrozpaczona ludność starała się ratować swych bliskich poprzez oddawanie w zamian za nich nienasyconemu potworowi schwytanych jeńców czy niewolników.

Potwór, prócz tego, że pożerał coraz to nowe ofiary, straszył okoliczną ludność swym potwornym rykiem, który rozlegał się po okolicy. Ryk ten był słyszany, między innymi w oddalonym o 6 km mieście, które nazywano Rychtalem lub Ryczynem. Jego ryk docierał także do osady, która od owego „darcia” się smoka przyjęła nazwę Darnowiec. Od tego potwornego ryku głuchli ludzie mieszkający w nieco bliżej położonej osadzie, którą odtąd nazywano Głuszyną. W dwóch innych osadach ludzie wznosili do Boga swe prośby, a także leżeli krzyżem, pokutując i modląc się w ten sposób, aby Bóg oddalił od nich nieszczęsną karę, jakim był smok i jego straszny ryk. Tak powstały miejscowości Proszów i Krzyżowniki. Jedną z osad smok spalił swoim siarczystym, płomiennym oddechem. Tak powstała nazwa miejscowości Zgorzelec.

 

Według innej wersji, ludność stale gnębiona przez strasznego potwora zmuszona była uciekać na tereny odległe o kilkanaście kilometrów. Uciekając, zatrzymali się w okolicach dzisiejszego Namysłowa i tu odbyli naradę, podczas której namyślano się, czy nie należałoby odpowiednio zorganizować się, uzbroić i wyruszyć przeciwko strasznemu smokowi. Po długich naradach i namyśleniu się (stąd nazwa Namysłów) postanowiono zorganizować wyprawę przeciw smokowi. Ze względu na trudności terenowe wyprawa musiała często zbaczać i objeżdżać liczne przeszkody. Poważniejszą przeszkodę napotkała wyprawa w odległości 1/3 drogi do Smogorzowa. Część załogi usiadła w rowie, druga poszła w prawo do osady, by stamtąd zabrać Michała i Józka. Razem z nimi powędrowała spora grupka ludzi, a że nie znali się bliżej, oznaczono ich, że pochodzą z Michalic i Józkiego. Te nazwy przyjęły się i odtąd wioski te były oznaczane od ich imion. Po krótkim odpoczynku ruszyli w dalszą drogę i napotkali kolejną przeszkodę. Trzeba było ją objechać i z tego powodu miejscowość przyjęła nazwę Objazda. Strasznego potwora chciano wystraszyć również głośnym hałasem i krzykiem  z dość znacznej odległości. Wznoszone okrzyki i hałasy nie dawały jednak pozytywnego rezultatu, stąd też wyprawa zatrzymała się i co pewien czas powtarzano głośne okrzyki. Od tych właśnie krzyków ma wywodzić się nazwa dzisiejsza wioski Krzyków. Gdy dalsze hałasy nie wystraszyły potwora, cała wyprawa postanowiła wyruszyć zbrojnie przeciwko niemu. W tym celu należało się odpowiednio uzbroić, w czym mieli im pomóc miejscowi kowale mieszkający wśród lasów nad małym potokiem zwanym Studnicą. Z tego powodu wyprawa musiała znów zatrzymać się dłużej. Miejsce zatrzymania się wyprawy nazwano Kowalowicami. W końcu, należycie uzbrojeni i przygotowani, wyruszyli przeciwko potworowi. Walka była długa, toczyła się ze zmiennym szczęściem. Po ciężkiej walce zraniono jednak smoka śmiertelnie. Ludność odetchnęła z ulgą.